Ostatnio dodane

  • Sieci komputerowe
  • Dzień Dziecka
  • Mistrzostwa
  • Przez rozrywkę do wiedzy
  • Pierwszy numer "Rosolika"
Home Wywiady

Informacje

  • Aktualności
  • Ze sportu
  • Wydarzenia
  • Ogłoszenia
  • Organizacja roku szkolnego
  • LIGA HALOWA

Uczniowie

  • Samorząd szkolny
  • Klasy
  • Absolwenci
  • Zajęcia dodatkowe
  • Konkursy
  • Talenty powiatu lubaczowskiego
  • Szkolny Klub Wolontariusza
  • Przez rozrywkę do wiedzy

Gazetka

  • Numery
  • Wywiady

Miasto i Gmina

  • Historia Miasta
  • Miejscowości gminy
  • Zabytki
  • Parafia
  • Geografia
  • Fauna i flora
  • Etnografia

ZSP Cieszanów

  • Dyrekcja
  • Szkoła
  • Kadra
  • Schronisko Młodzieżowe

CEW

  • Informacje
  • Przedszkole
  • Edukacja wczesnoszkolna
  • Kadra CEW
  • Uczniowie
  • Plan zajęć

Szkoły Filialne

  • Kowalówka
  • Nowe Sioło
  • Niemstów
  • Punkty Przedszkolne

Inne

  • Horoskop
  • Lista przebojów
  • Galeria
  • Ciekawe strony

Kontakt


Zespół Szkół Publicznych
w Cieszanowie

os. Nowe Sioło 15,
37-611 Cieszanów
tel./fax 16 6311039
zsp_cieszanow@wp.pl


Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates
Wywiady
Człowiek nie jest samotną wyspą



Wywiad z siostrą  Natanaelą. 

Urodziła się  w Przemyślu. Tam właśnie wstąpiła do zakonu. 33 lata temu na chrzcie świętym otrzymała imię Małgorzata. Od kilku miesięcy pracuje jako zakrystianka w parafii pod wezwaniem św. Wojciecha w Cieszanowie. 
 
 

-Jak to się stało, że trafiła Siostra do zakonu?

-To jest bardzo długa historia. Na moje wstąpienie do zakonu składa się wiele czynników. Jako młoda dziewczyna byłam jedną z głównych organizatorek Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Przemyślu. Miałam wtedy zaledwie 16 lat i było to dla mnie ogromne wyzwanie. Moja charytatywna praca, polegająca na pomocy drugiemu człowiekowi, dała mi bardzo wiele. Wtedy zrozumiałam, że moim celem jest pomoc innym. Chciałam zrobić          w swoim życiu coś ważnego. Nie byłam jednak osobą szczególnie religijną, dlatego zanim wstąpiłam do zakonu, musiałam przejść jeszcze długą drogę.

-Przed wstąpieniem do zakonu nie była więc Siostra osobą głęboko religijną, która wytrwale przestrzegała zasad dekalogu i regularnie chodziła do kościoła?

-Dokładnie tak. Zresztą Pismo Święte mówi, że Pan Bóg nie powołuje ludzi świętych, lecz szczególnie grzesznych i słabych. Myślę, że byłam jedną z tych słabych osób. Moje relacje      z Kościołem były różne. Pochodzę z religijnej rodziny, w której rodzice nauczyli mnie, że Bóg i kontakt z Nim jest bardzo ważny. Mam dwóch braci i siostrę, i to ona była głęboko religijną dziewczyną. Codziennie chodziła na msze święte, modliła się, a ja byłam jej całkowitym przeciwieństwem. Nazwałabym się wręcz obibokiem w tej dziedzinie. Chodziłam do kościoła tylko dlatego, że kazali mi to robić rodzice, nie dlatego, że chciałam. Było to dalekie od moich pragnień. Kierowałam się jedynie tym, że jestem chrześcijanką i jest to mój obowiązek. Gdy już przyszłam na mszę, zawsze stałam na końcu kościoła. Myślę, że dzięki temu teraz bardziej rozumiem młodzież. Staram się też podchodzić z dystansem do ich niechęci w chodzeniu do kościoła. Wiem, że kiedyś przyjdzie czas na to, że się zmienią          i zrozumieją, kim dla nich jest Pan Bóg. Na to potrzeba czasu. 

- Kiedy Siostra sobie uświadomiła, że jej powołaniem jest służba Bogu?

-To jest trudne pytanie. Szczerze mówiąc nie ma takiego momentu, w którym przychodzi myśl: „Jutro wstąpię do zakonu”. Człowiek nie budzi się z taką myślą. Uważam, że wyjątkiem jest św. Franciszek, który po wojnie obudził się i poczuł powołanie do życia         w ubóstwie, czystości i posłuszeństwie Bogu. Ja wiedziałam jedynie, że chcę pomagać ludziom. Po maturze przyszedł moment, w którym musiałam zdecydować, co mam dalej robić, jaki jest mój życiowy cel. Po śmierci mojej babci, która prawie 30 lat mieszkała            w Stanach Zjednoczonych, jej wszystkie rzeczy zostały sprowadzone do Polski. Wśród nich była mała skrzyneczka z napisem „dla  Małgosi”. Bardzo się zdziwiłam, gdy po otwarciu okazało się, że są w niej różańce i modlitewniki. Oddałam więc to mojej siostrze, która rzeczywiście była osobą bardzo religijną. Ja nawet nie sadziłam, że kiedykolwiek mi się te rzeczy przydadzą, gdyż chciałam zostać policjantką. Jednak moja mama powiedziała, że babcia na pewno się nie pomyliła i ten prezent jest dla mnie. Kiedy jeszcze raz przeglądałam ofiarowane mi rzeczy, zauważyłam mały relikwiarz. Wtedy nawet nie wiedziałam, że tak to się nazywa. Na tym relikwiarzu pisało: „błogosławiona Matka Angela Truszkowska”. Któregoś dnia poznałam pewną siostrę zakonną i zapytałam ją, co to jest. Siostra wytłumaczyła mi, że są to relikwie, czyli części kości osoby błogosławionej lub świętej. Powiedziała mi też, że Matka Angela Truszkowska była założycielką sióstr felicjanek. Dało mi to naprawdę wiele do myślenia. Jednak taka bezpośrednia przyczyna mojego wstąpienia do zakonu była inna. Mój chrześniak bardzo ciężko chorował. Ja, jako jego matka chrzestna bardzo się tym martwiłam. Poszłam więc do Kościoła i powiedziałam Panu Bogu tak: „Boże, jeżeli mój chrześniak przeżyje, ja wstąpię do zakonu”. Od razu nie zdałam sobie sprawy         z tego, co powiedziałam. Mój chrześniak przeżył, a ja stwierdziłam, że skoro Bóg mi pomógł, muszę wywiązać się z danej Mu przysięgi. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Moim marzeniem był wyjazd na misję do Afryki. Zresztą jest to najczęstsze pragnienie młodych ludzi. Dowiedziawszy się, że w zgromadzeniu sióstr felicjanek jest taka możliwość, wstąpiłam do tego zakonu. 

-Czyli nie dojrzewała Siostra długo do decyzji o zostaniu osobą  zakonną?

-Nie. Właściwie od razu po zdanej maturze stwierdziłam, że skoro zawarłam z Panem Bogiem umowę, to jak najszybciej muszę się z niej wywiązać. Pomyślałam: „Zobaczę, co będzie dalej”.

-Jak wygląda teraz Siostry życie?

-Moje życie z pewnością całkowicie różni się od świeckiego. Mam swój regulamin, którego jako siostra zakonna nie mogę złamać. Na dzień dzisiejszy jednak wiem, że było to powołanie i bez wejścia w moje życie Boga, nie przetrwałabym nawet miesiąca w zakonie.

-Czego musiała się Siostra wyrzec wstępując do zakonu?

-Bardzo wielu rzeczy. Przede wszystkim musiałam sprzedać mojego Harleya, którego wprost uwielbiałam. Do dzisiaj zresztą jestem miłośniczką motocykli. Musiałam się też wyrzec gitary elektrycznej, na której grałam w zespole. Takich rzeczy nie bierze się ze sobą do zakonu. Brałam jednak przykład ze św. Franciszka, który wszystko zostawił i poszedł za Panem Bogiem. Ja zrobiłam tak samo. Zostawiłam wszystko  i podążałam za Bogiem. Nie było to dla mnie łatwe, ale z Bożą pomocą dałam sobie radę. 

-Wiemy, że zanim los zesłał Siostrę  do Cieszanowa, pracowała Siostra w dużych miastach. Czym różni się działalność osoby zakonnej w dużej metropolii od małego miasteczka?

-Nigdy nie byłam w diecezji zamojsko - lubaczowskiej. Przeważnie pracowałam na zachodzie, głównie we Wrocławiu i Poznaniu. Rzeczywiście są to duże metropolie. Parafia liczy tam ponad 23 tys. ludzi. Jest tam bardzo dużo grup modlitewnych i wiele młodzieży. Wiąże się to też z dużą ilością pracy. Tam pracowałam głównie z ludźmi, a w Cieszanowie jestem zakrystianką. Kiedyś myślałam, że pewne rzeczy nie powinny mnie zaskoczyć -myliłam się. Jestem niemile zaskoczona postawą ludzi mieszkających tutaj. Szokuje mnie ich mentalność. Uważałam, ze ludzi na wschodzie są bardzo religijni. Myślałam, że klękają          i wiedzą, po co to robią. Miałam nadzieję, że sama się od cieszanowian wiele nauczę. Byłam                              w miejscowościach, w których wiara w Boga nie była widoczna i w Cieszanowie jest całkowicie tak samo. Przez to odczuwam mały niesmak. Zastanawiałam się też, z czego to wynika. Być może mieliście tu złe przykłady i brakuje wam autorytetu. Martwi mnie też to, że tutejsza młodzież nie stawia sobie celów. Tak naprawdę, oni nie wiedzą, czego chcą od życia. Po prostu są jałowi. Mimo, iż jestem tu bardzo krótko, zauważyłam, że młodzież nie ma w sobie ducha młodości. Wewnętrznie są po prostu starcami. Nie mogę tego zrozumieć           i nigdy się z tym nie pogodzę. Zachód Polski jest zupełnie inny. We Wrocławiu ludzie pragną Boga, są o wiele bardziej religijni niż mieszkańcy wschodu. Nie musiałam ich uczyć tego, po co chodzą do Kościoła. Widzę jednak, iż w Cieszanowie trzeba to zrobić. Ludzie tu mechanicznie podchodzą do pewnych rzeczy. Być może kiedyś to się zmieni. Może potrzeba im czasu, lub prawdziwego autorytetu. Mam nadzieję, że w końcu młodzież znajdzie to, czego szuka. 

-Pracowała też siostra w Zakładzie Poprawczym. Z jakimi problemami młodych ludzi spotkała się tam Siostra?

-Tak, pracowałam w Zakładzie Poprawczym we Wrocławiu. Jest to ośrodek dla różnej młodzieży. Znajdują się w nim ludzie, którzy popełnili drobne wykroczenia, ale są też tacy, którzy popełnili morderstwa, czyli ingerowali w czyjeś życie. Była to dla mnie jedna wielka szkoła miłości. Zrozumiałam, że są to wspaniali ludzie, ale nie mają jednej rzeczy – miłości. Człowiek, który kocha i jest kochany, nie szuka atrakcji czy zwrócenia na siebie uwagi. Jeżeli czuje się kochany, to wie, że cokolwiek robi, nawet jeśli będą to dokonania niewielkie, ktoś to zauważy i doceni. Dlatego największą wartością w życiu człowieka jest miłość. Niestety, obecnie młodzi ludzie jej nie mają. Spotkałam się tam z różnymi problemami,                         tj. molestowanie młodych dziewczyn przez starszych, onanizm, morderstwa czy kradzieże. Warto było o tych problemach z tą młodzieżą rozmawiać, choć często oni nie chcieli tego robić. Było to więc dla mnie zadanie bardzo trudne. Was też zachęcam do rozmawiania           o swoich problemach z nauczycielami, pedagogami czy psychologami. Owszem, nie każdemu powinniście powierzyć swoje problemy, sekrety. Pamiętajcie bowiem: należy wiedzieć co do kogo mówimy. Niewątpliwie najlepszym psychologiem jest Pan Bóg. Jeżeli zwrócimy się do niego o pomoc, a wokół siebie mamy kochających nas ludzi, nigdy nie trafimy do takiego zakładu, bo nie przyjdzie nam do głowy popełnienie żadnego przestępstwa.

-Siostra zakonna to nie tylko osoba oddana Bogu, ale przede wszystkim ludziom. Czy łatwo jest nawiązać z innymi nić  porozumienia?

-To wszystko zależy od tego, jacy jesteśmy. Sama wiem, że czasami spotykamy kogoś i od razu go lubimy. Natomiast wystarczy, że inna osoba jedynie na nas spojrzy, a my już czujemy do niej niechęć. Istnieją też ludzie, którzy po prostu nie lubią żyć w komitywie z innymi, są introwertykami. Ja jestem osobą, która nie wyobraża sobie życia bez ludzi. Nie mam też problemu z nawiązywaniem z innymi kontaktu. Bowiem kocham ludzi takimi, jakimi są. Jeżeli nie stworzymy sobie półeczek, w których będziemy szufladkować ludzi ze względu na wygląd, który nie jest najważniejszy, nawiążemy z innymi tę nić porozumienia. Musimy tylko szanować siebie nawzajem. Ponadto gdy w naszym sercu zagości radość i miłość, udzieli się to drugiej osobie, na którą te uczucia skierujemy i będzie ona chciała nas „chłonąć”.

-Niedawno zdradziła nam Siostra, że przyjaźni się  ze słynną aktorką Izą  Miko. W jaki sposób się poznałyście?

-Poznałyśmy się dzięki jej mamie, którą spotkałam pierwszą. Na początku nawet nie wiedziałam, że jest ona mamą Izy Miko. Zresztą i ona od razu mi nie ufała. Uważam, że bała się, bowiem media wielokrotnie skrzywdziły ją i Izę. Z biegiem czasu powiedziała mi kim jest i w pełni mi zaufała. Zaczęłam więc do nich jeździć, rozmawiać z nimi. Jest to wspaniała, bardzo religijna rodzina. Tak naprawdę to, że wpuścili mnie w progi swojego domu, dało mi bardzo wiele. Zaufać drugiemu człowiekowi, to jak podarować mu życie. Obecnie z Izą mam mniejszy kontakt, bo mieszka w Los Angeles, gdzie pracuje. Ma ona tam naprawdę ciężko, bo jest zwykłą dziewczyną, która do wszystkiego musi dojść sama. Nie szuka też dużych pieniędzy, lecz ciągle działa na rzecz drugiego człowieka. Jest bardzo wrażliwą i uczciwą kobietą, co mi się w niej podoba. Dużo działa w kierunku ochrony środowiska. Iza jest też osobą bardzo skromną i stara się nie zwracać na siebie uwagi. Jest też bardzo dobrym przyjacielem. Naszą przyjaźń określam jako…ciekawą. Bardzo ją szanuję i na swój sposób kocham.

-Iza Miko jest przykładem tego, że media kreują ją na osobę, którą nie jest. Przez to ludzie błędnie ją oceniają. To zjawisko nie dotyczy tylko gwiazd, ale i zwykłych ludzi. Jak wystrzec się wydawania powierzchownej opinii o ludziach, których oceniamy tylko po pozorach?

-Należy mieć szeroko otwarte oczy. Nie chodzić w okularach zasłaniających prawdę. Jeżeli chodzi o osoby sławne, to media kreują je w różny, często nieprawdziwy sposób. Nie ma się co łudzić – mało jest gazet i portali internetowych, które skupiają się na prawdzie. Gwiazdy nie są w stanie wystrzec się tego, co o nich piszą, jak kreują ich postać. Myślę, że jeżeli są dobrymi ludźmi, to ich najbliżsi nigdy nie uwierzą w pisane przez gazety kłamstwa. Prawda bowiem zawsze się obroni. Jeżeli oceniamy innych w życiu codziennym, jest to równie złe. Żeby móc coś powiedzieć o człowieku, musimy go najpierw poznać. Nie możemy powiedzieć, że dane jabłko jest smaczne, jeżeli go nie skosztujemy. Bardzo ważne jest, żeby umieć samemu pewne rzeczy dostrzec, a dopiero potem się o nich wypowiadać.

-Coraz częściej słyszy się o tym, że ludzie, a szczególnie młodzież odwraca się od Kościoła. Zastanawiała się Siostra nad tym, dlaczego tak się dzieje?

-Niejednokrotnie spędzało mi to sen z powiek. Często o tym myślę i bardzo mnie to boli. Staram się jednak zrozumieć pewne zachowania, zwłaszcza młodzieży. Ma ona teraz nieograniczony dostęp do internetu, telewizji. Często po prostu się w tym zatraca. Uważam jednak, że głównym powodem odwracania się ludzi od Kościoła jest brak w ich życiu autorytetu. Młodzież nie ma też miejsca, w którym mogłaby odetchnąć. We Wrocławiu,        w kościele, w którym pracowałam, istnieje „Kawiarenka Chrześcijanina”. Jest to miejsce,       w którym zawsze widziałam pełno młodzieży. Młodzi ludzie bowiem są bardzo dobrzy, jednak nie mają osoby, której mogliby zaufać. Przez to uciekają do swoich idoli, którzy tak naprawdę nie wnoszą w ich życie niczego dobrego. Sama kiedyś byłam młoda, też uciekałam od Boga. Uważam jednak, że w gruncie rzeczy młodzież chciałaby przyjść do Kościoła, tylko nie ma w ich życiu kogoś, kto ich do niego poprowadzi. Jeżeli młodzież zauważy, że dany ksiądz jest w porządku i można mu zaufać, że jest człowiekiem, do którego można się po prostu przytulić, będzie przychodzić do kościoła choćby po to, by posłuchać jego kazania. Ponadto w rodzinach nie mówi się o Bogu, a to rodzice są pierwszymi i najważniejszymi fundamentami budującymi system wartości ich dziecka. Rodzice często są zajęci swoimi problemami, których w obecnych czasach mają mnóstwo i brakuje im zwykle czasu na podwyższenie wartości życia swojego dziecka. Pamiętajcie, że jest to bardzo ważne. Jeśli przeżyjecie swoje życie na ocenę dostateczną, życie tę ocenę obniży i pozostanie wam dopuszczający. Nikt chyba nie chciałby przeżyć swojego życia na ocenę mierną. Należy więc szukać w sobie wewnętrznego powera, który nie przeminie po krótkim czasie. Niech nie będzie on jak sztuczne ognie, które przez chwilę się palą, a nagle gasną. Jeżeli zrozumiecie, że ważny w waszym życiu jest Bóg  i przeżyjecie swoje życie na ocenę bardzo dobrą, to po obniżeniu zostanie wam czwórka. Z nią można już spokojnie żyć.

-Nowością  nie jest też smutna prawda mówiąca o tym, że ludzie tracą zaufanie do osób duchownych. Co w takim razie powinni oni zmienić, aby to naprawić?

-Myślę,  że my, jako osoby duchowne zawsze jesteśmy na świeczniku i wymaga się od nas czegoś więcej. Zresztą nie dziwi mnie to. Pytanie, które mi zadałaś pada bardzo często, gdyż jest ono aktualne w dobie XXI wieku. Muszę przyznać, że niejednokrotnie wstydzę się za osoby duchowne. Musimy jednak zrozumieć, że księża czy siostry są tylko ludźmi. To nie są jacyś aniołowie zesłani z Nieba po to, aby nauczać innych. Nie jesteśmy aniołami! Nie jesteśmy święci. Jesteśmy osobami grzesznymi. Nie twierdzę, że należy pobłażliwie patrzeć na grzech. Grzech zawsze pozostanie grzechem. Jednak mam pewną zasadę: zawsze trzeba potępiać grzech – nigdy człowieka. W przypadku osób duchownych jest bardzo różnie. Okres seminarium trwa 6 lat. Ten czas można spokojnie przetrwać, świetnie się kamuflując. Następnie dana osoba zostanie wyświęcona i tyle. Dopiero potem okazuje się czy ten ktoś na to zasłużył. Popatrzcie na swoich księży i zastanówcie się: czy oni się modlą? Jak długo klęczą przed krzyżem? Czy mają różaniec i z niego korzystają? Jeśli faktycznie widzicie ich skupionych w modlitwie, a nie tylko pięknie mówiących, to bardzo dobrze. Uwierzcie mi, nawet jeśli upadli, ważne jest to, czy potrafią się z tego upadku podnieść. Jeżeli się modlą, oznacza to, że zdają sobie sprawę z tego, że są słabi i proszą Boga o pomoc. Wielokrotnie spotkałam się z takimi słowami: „Wie siostra, mój ksiądz jest taki zły!”. Pytam wtedy: czy     w takim razie modlisz się o to, by był inny?  To tylko człowiek! Często to od nas zależy, jacy będą księża. Dochodziły do mnie też takie zdania: „Ten ksiądz ma takie drogie auto. Tamten natomiast ma kobietę, z którą się afiszuje i wszyscy wiemy, że to dziecko jest jego”.            Nie należy jednak tego oceniać. Nie bronię kapłanów, uważam, że zapłacą za swoje złe czyny. Jednak to Pan Bóg będzie ich oceniał. Często to my chcemy być katami oskarżającymi księży. Jednak czy mamy odwagę powiedzieć im, co o nich sądzimy? Spróbujmy podejść do jednego z nich i powiedzieć: „Księże, sorry, ale Bóg nauczył nas czynić inaczej. Ksiądz wiele mówi, ale nic nie robi. Nie chcemy takiego księdza”. Uwierzcie, jeżeli powiemy to w sposób inteligentny, kulturalny, nie krzycząc, to dany ksiądz, jeśli jest mądry, zastanowi się nad naszymi słowami. Nawet jeśli jest on osobą młodą, może być dojrzalszy niż niejeden staruszek i coś w sobie zmienić, przemyśleć swoje zachowanie. Często jest tak, że umiemy tylko narzekać, nie dostrzegając tego, że ksiądz, którego tak potępiamy, może cały czas pracuje nad sobą.

-Nie uważa jednak Siostra, że coraz częściej bycie siostrą  zakonna, a zwłaszcza księdzem nie jest powołaniem, lecz zawodem?

-Owszem, masz rację. Często spotykam się z tym stwierdzeniem. Ludzie jednak uważają tak z perspektywy tego, że dany ksiądz ma laptopa czy samochód. Nie ma co ukrywać, jest XXI wiek i osoby duchowne również  muszą iść z duchem czasu. Pracowałam na Ukrainie, gdzie wszystko pisałam na maszynie i było to bardzo męczące, dlatego nie potępiam tego, że osoby duchowne mają takie dobra materialne. Często jest też tak, że to rodzice kupują swojemu synkowi, który jest księdzem, auto czy coś równie kosztownego. Dlatego nie możemy osądzać tego, że dany ksiądz coś takiego ma, bowiem nie wiemy w jaki sposób to zdobył. Jeżeli kapłan żyje dla parafii, to ludzie sami mu ten samochód kupią. Może mieć on trzy mercedesy, a parafianie kupią mu czwartego. Jeżeli będzie on złym człowiekiem, to ludzie będą mu wytykać nawet malucha. Myślę, że stwierdzenie dotyczące tego, że rola kapłana jest dla niego samego zawodem, nie wyszła od ludzi, lecz sami księża stale to powtarzają. Wynika to z tego, że nie wiedzą czego chcą. Powołanie jest jedno, kiedy się je ma, nie rzuca się takich słów.  Każdy ksiądz, wstępując do seminarium, wie, jak będzie wyglądało jego życie. Zdaje sobie sprawę z tego, że jego misją jest nauczanie innych. Jednak warto zwrócić uwagę na to, że można pięknie mówić, ale tak naprawdę tym nie żyć. Czasami natomiast można wiele mówić przez milczenie. Ważniejsze są bowiem czyny. Co tu ukrywać, księża mocno sobie nagrabili. W pewnych sytuacjach po prostu nie umieją powiedzieć, czym jest dla nich kapłaństwo. Mam jedynie nadzieję, że są to sporadyczne przypadki.

-Jest Siostra otwarta na pracę z ludźmi, zwłaszcza z młodzieżą. Czy w Cieszanowie również chciałaby Siostra nieść swoją  pomoc innym?

-Przyznam się,  że gdziekolwiek jestem – czy to w wielkim mieście, czy na wsi, zawsze jestem otwarta na innych ludzi. Jednak to również od nich zależy czy potrafią i chcą mi zaufać. Jeżeli to uczynią, czas spędzony ze mną będzie dla nich ważny. Nie myślcie jednak, że ja nic z tego nie mam. Ja również wiele od was zyskuję. Nie jest też tak, że mam jedynie mówić o Panu Bogu. Owszem, jest to bardzo ważne. Stanowi to dla mnie mój życiowy priorytet, jednak stale uczę się czegoś od innych. Bardzo zależy mi na Cieszanowie. Pan Jezus powiedział do św. Franciszka : „Idź i odbuduj mój Kościół”. Na to samo chyba czeka Cieszanów, zwłaszcza młodzież. Wielu młodych ludzi powiedziało mi: „Siostro, nas się nie da zmienić, my już tacy jesteśmy”. Guzik prawda! Wy tacy nie jesteście, tylko chcecie tacy być, a to wielka różnica. Tu naprawdę można wiele zrobić. Kwestia tego czy ktoś się za to weźmie. Ja sama też nic nie zrobię. Wy musicie mi pomóc. Chcę na przykład stworzyć grupę muzyczną. Możemy się także spotykać, rozmawiać, pośmiać się czy powygłupiać. Kiedyś z grupą młodzieży pojechałam w góry. Tworząc wspólnotę, wszyscy się „otwieramy”. Człowiek nie jest samotną wyspą. Człowiek potrzebuje drugiego człowieka. W ten sposób się oczyszczamy. Pamiętajcie, że mała dziurka w tamie może spowodować powódź. Mała kulka śniegu – lawinę. Jedno zgniłe jabłko pomiędzy innymi jabłkami sprawi, że i te zgniją. Tak samo człowiek, który zrobi z innymi choćby małą rzecz, oczyści się. Musi on jedynie szukać w swoim życiu Bożych wartości. Nie chodzi o to, żebyście codziennie chodzili do kościoła. Należy jedynie pozbywać się grzechów, które zatruwają nas samych, przez co powoli gnijemy. Postaram się pomóc wam to zrozumieć.

-Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiały Justyna Rydzewska i Natalia Pytlik

 
 


, Powered by Joomla! and designed by SiteGround web hosting

valid xhtml valid css